Opowiadanie konkursowe
„Magia, która wróciła” autorstwa Hani z 8a
W pewnym miasteczku śnieg zawsze pojawiał się tylko raz w roku - w Wigilię Bożego Narodzenia. Nie wcześniej, nie później. Punktualnie o dwunastej w nocy pierwsze płatki
spadały z nieba, błyszcząc w świetle lamp jak maleńkie gwiazdy. Dla mieszkańców był to znak, że dobro wciąż żyje wśród ludzi. Tak mówiła stara legenda: każdy płatek śniegu to
wspomnienie dobrego uczynku, który ktoś zrobił.
Rzeczywiście - przez wiele lat miasteczko było miejscem, w którym ludzie uśmiechali się do siebie na ulicy, pomagali sąsiadom, częstowali się piernikami i dzielili opłatkiem nawet
z obcymi ludźmi. Z czasem jednak coś się zmieniło. Ludzie zaczęli się spieszyć. Święta stały się pretekstem do zakupów i pośpiechu, a nie do rozmowy. Dzieci nie lepiły bałwanów, nie
zjeżdżały na sankach… A zmęczeni dorośli, mówili: Kiedyś święta miały sens…
W tym roku na Wigilię, nie spadł ani jeden płatek śniegu. Niebo było ciężkie i szare, jakby samo o czymś zapomniało. Ludzie wyglądali przez okna z niedowierzaniem, mrucząc:
- To niemożliwe! Przecież w ten dzień zawsze padał śnieg!
Tylko jedna osoba naprawdę się tym przejęła. Była nią dziesięcioletnia Zosia, która uwielbiała świąteczny nastrój. Dziewczynka wierzyła, że śnieg jest żywy. Jeśli nie spadł to
musiało się coś stać. Włożyła więc ciepły płaszcz, czapkę i ruszyła na rynek. Na środku placu stała stara latarnia, pod którą co roku ustawiano szopkę i choinkę. Tym razem jednak żarówka
w latarni była zgaszona, a choinka - smutna, bez światełek. Zosia usiadła na ławce przed dekoracją i po cichu powiedziała: Śniegu, jeśli mnie słyszysz…powiedz, czemu nie
przychodzisz? Przez chwilę było cicho, ale potem z oddali usłyszała dźwięk dzwonka.
Cieniutki, delikatny, jakby ktoś potrząsał kryształkiem. Dziewczynka odwróciła się i zobaczyła staruszkę w szarym płaszczu. Na ramieniu kobiety siedział mały, biały wróbel.
- Ty chcesz naprawić święta? - spytała starsza pani, uśmiechając się lekko.
- Śnieg nie pada sam z siebie. On się pojawia, kiedy ludzie pamiętają, że trzeba czynić dobro - oznajmiła staruszka.
- To jak mogę pomóc?- spytała dziewczynka.
- Zrób coś dobrego, ale nie dla siebie tylko dla innych. Niech reszta ludzi zobaczy, że potrafią cieszyć się świętami wraz z rodziną.
Zanim dziewczynka się obejrzała, kobieta zniknęła. Zosia wróciła do domu i zaczęła działać. Wzięła z kuchni kilka pierników, zapaliła lampkę i wyszła na ulicę. Wpadła na
pomysł, że pójdzie po swoje koleżanki i razem będą kolędować, częstując innych łakociami.
Przyjaciółkom Zosi bardzo spodobał się ten pomysł i chwilę później razem odwiedzały domy w miasteczku. Dziewczynki zapukały do drzwi, w których mieszkała sąsiadka dzieci. Cała grupa życzyła pani Stasi wesołych świąt i podarowała jej pierniczki. Kobieta wzruszyła się tak bardzo, że aż zapłakała. Potem wstąpiły jeszcze do pana Kazika, który zawsze marudził,
że nikt go nie odwiedza. Zrobiły mu herbatę, posłuchały jego historii o dawnych świętach.
Wieczorem, gdy dziewczynka odprowadziła swoje koleżanki, wracała do swojego domu, przez rynek i zauważyła, że coś się zmieniło. Latarnia, która wcześniej gasła, nagle zapłonęła
ciepłym światłem, a z nieba, jak na zawołanie, zaczęły spadać białe płatki.
Delikatnie, powoli, jeden po drugim. Zosia stanęła na środku placu i wyciągnęła dłonie.
Na każdej z nich topniały małe iskierki śniegu. Wtedy usłyszała pewien głos, który dobiegał z serca, z podziękowaniem za uratowanie tego, co w świętach najważniejsze.
Rankiem całe miasteczko było przykryte białym puchem. Ludzie wyszli z domów, uśmiechali się do siebie, pomagali odśnieżać chodniki, częstowali się ciastem i ciepłą herbatą.
Święta znów miały sens. A Zosia? Znalazła na parapecie małego białego wróbla.
W dziobie trzymał maleńki płatek śniegu, który nie topniał. Dziewczynka wpatrywała się w ten płatek i wiedziała, że będzie on pamiętać o jej dobrym sercu i że magia świąt jest wtedy, kiedy jesteśmy wszyscy razem.